Koncert Symfoniczny z Nao Mieno

Orkiestra Symfoniczna im. Karola Namysłowskiego w Zamościu serdecznie zaprasza na KONCERT SYMFONICZNY  SALA Orkiestry Symfonicznej Zamość godzina: 19:00 Wykonawcy: Nao Mieno (Japonia) -fortepian Jan Miłosz Zarzycki – dyrygent Repertuar: W.A. Mozart -24 koncert fortepianowy c-moll KV 491 Johannes Brahms – IV Symfonia e-moll Op. 98

Zatarte granice i cierpkie wiśnie

Podczas koncertu 13 maja zabrzmią dwa wielkie, często grywane i popularne, dzieła, które w swej istocie dowodzą, jak umowne i płynne są granice epok. Kompozytor barokowy, klasyczny, romantyczny – to brzmi jasno i klarownie, jednak twórcy w trakcie swojego życia nie definiowali tego aż tak mocno. Chętnie inspirowali się muzyką swoich poprzedników, wielu śmiało przekraczało ramy wytyczając ścieżkę „ku nowej epoce”. W koncercie fortepianowym c-moll KV 491 Wolfgang Amadeus Mozart pokazuje oblicze prekursora romantyzmu. Z kolei w swej IV Symfonii Brahms chętnie sięga po formę passacaglii obecną już w muzyce baroku, posiłkując się tematem zaczerpniętym z kantaty Bacha. Tak więc  romantyk, choć uważany za konserwatystę, powraca częściowo do epok wcześniejszych. Tym, co łączy oba dzieła, jest okres dojrzałej twórczości, w jakim powstały. Dla Mozarta jest to jeden z ostatnich koncertów fortepianowych, dla Brahmsa – ostatnia z czterech symfonii.

Koncert c-moll op 491 pojawia się często opatrzony numerem 24, choć w istocie jest dwudziestym spośród 23 oryginalnych koncertów fortepianowych Mozarta. Pierwsze cztery dzieła tego gatunku napisane przez zaledwie jedenastoletniego małego geniusza są tak naprawdę aranżacjami utworów innych kompozytorów, kompilacjami złożonymi m.in. z pojedynczych części sonat różnych twórców. W owym czasie nie uznawano takich praktyk za gorszące, Mozart nie unikał również auto-plagiatów.

Jest to jeden z zaledwie dwóch koncertów wiedeńskiego klasyka w tonacji molowej, niepopularnej wśród dzieł tego gatunku w ze względu na swój burzliwy ładunek emocjonalny. Co ciekawe, koncert powstawał na przełomie lat 1785-86, kiedy niemal jednocześnie kompozytor tworzył jeszcze dwa inne koncerty (B-dur i A-dur) oraz operę komiczną Wesele Figara. Czy można traktować zatem koncert c-moll jako upust dla poważniejszych emocji? Niewykluczone. Choć Mozart miał ogólnie życie łatwe, obfitujące w sukcesy, także finansowe, to przecież nie uniknął też trosk. Dość wspomnieć, że z sześciorga jego dzieci zaledwie dwóch jego synów dożyło dorosłości.

Trzyczęściowy koncert jest dziełem pełnym dramatyzmu i nietypowych dla ówczesnej epoki rozwiązań harmonicznych. Skalę rozmachu dzieła podkreśla zarówno nietypowo bogaty skład orkiestry jak i czas jego trwania. Kompozytor pisał go dla siebie, podczas premiery wykonał go osobiście, stąd pozwolił sobie pominąć w partyturze spore fragmenty partii solisty, które być może miał już w głowie wcześniej, choć przypuszczalnie mógł je też improwizować w trakcie występu, na co mogłaby wskazywać budowa trzeciej części Allegretto mająca formę tematu z ośmioma wariacjami. Poprzedzają ją wyjątkowo rozbudowana część pierwsza Allegro i wolna druga, Larghetto.

Warto wspomnieć, że oba molowe koncerty Mozarta były ulubionymi utworami Ludwiga van Beethovena, jednego z trzech wielkich klasyków wiedeńskich i, można powiedzieć, następcy przedwcześnie zmarłego Wolfganga Amadeusa. Skomponował do nich własne wirtuozowskie kadencje. Oba utwory  cieszyły się dużą popularnością już w epoce romantyzmu, a i dziś pojawiają się regularnie na estradach całego świata.

IV Symfonia e-moll op. 98 Johannesa Brahmsa również należy do żelaznego kanonu repertuaru sal koncertowych. Melomani potrafią docenić jej niezwykłe bogactwo, wyjątkowo szeroki zasób muzycznego słownictwa kompozytora, jego umiejętność łączenia cytatów z muzyki barokowej z klasyczną formą oraz romantycznym brzmieniem. Jednak początkowo nie zanosiło się na aż tak wielki sukces. Przyjaciele Brahmsa, którzy mieli okazję jako pierwsi recenzować dzieło, wyrażali swoje obawy, czy jest ono zrozumiałe dla zwykłego odbiorcy. Wpływ na to miała mieć jej zbyt skomplikowana konstrukcja wymagająca ponoć nie lada intelektu i znawstwa tematu, by docenić zawiłości drugich planów i kontrapunktów. Nie pierwszy raz kompozytor musiał zmierzyć się ze skrajnymi ocenami swojej twórczości. Dlatego na miejsce prawykonania w 1885 roku obrał siedzibę orkiestry dworskiej w Meiningen, a nie Wiedeń, gdzie przedtem prezentował światu po raz pierwszy m.in II i III Symfonię. Twórca sam stanął za pulpitem dyrygenckim, a w przyjaznym mu środowisku symfonia zebrała bardzo pochlebne recenzje.

Kilka miesięcy później wiedeńczycy zareagowali mniej entuzjastycznie. A przecież jest to dzieło wybitne, wyróżniające się pod wieloma względami. Część pierwsza, Allegro non troppo, jest doskonałym przykładem „jak zrobić coś z niczego” – co zresztą niekiedy zarzucała twórcy jego ówczesna konkurencja, np. Hugo Wolf twierdził, że Brahms komponuje „bez pomysłów” (!). Początkowy prościutki motyw oparty na przeciwstawnym ruchu opadających i wznoszących się interwałów przeradza się w prawdziwą burzę emocji, a końcówka przez swój dramatyzm równie dobrze mogłaby być zakończeniem całej symfonii. Część druga, Andante moderato urzeka spokojem i wręcz fatalistycznym nastrojem, kojarzącym się z milczącym pochodem konduktu żałobnego, medytacją nad nieuchronnością losu. Część trzecia Allegro giocoso to jedyny we wszystkich czterech symfoniach Brahmsa przykład Scherza. Radosne, pełne energii choć jednocześnie nieco surowe w charakterze, daje chwilę wytchnienia od melancholijnych, pełnych cierpienia motywów. Część czwarta, Allegro energico e passionato – Piu Allegro, ma niezwykłą formę. Jej temat został zaczerpnięty z chaconne w ostatniej części kantaty Jana Sebastiana Bacha „Nach dir, Herr, verlanget mich”( BWV 150). Daje tu znać o sobie zamiłowanie Brahmsa do studiowania historii muzyki i dokonań wielkich poprzedników. Zwykle określa się tę część jako passacaglię, szereg wariacji opartych na jednakowej podstawie basowej. Przetwarzany wariacyjnie temat pojawia się około 30 razy, jednak dzięki niezwykłej muzycznej elokwencji kompozytora, słuchacz nie ma szans na znużenie. Przeciwnie, wciąż jest zaskakiwany kolejnymi pomysłami na ujęcie surowego, dostojnego motywu. Nie ma hucznego zakończenia, wielkiej kulminacji jak w części pierwszej. Największa z symfonii Brahmsa i jedna z najwspanialszych w historii muzyki, pozostawia słuchacza przesyconego nastrojem Mürzzuschlagu, alpejskiej miejscowości, w której kompozytor pracował nad utworem. Według jego słów, wiśnie tam nigdy nie stają się słodkie. Muzyka pełna gorzkich refleksji, pełna pasji, liryki – posłuchajmy.

Anna Markiewicz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.