Beata Ścibakówna, Jan Englert i „Kwiaty polskie” Tuwima na ZLT

Liryczny spektakl dygresyjny w wykonaniu Beaty Ścibakówny i Jana Englerta z muzyczną oprawą Bogdana Hołowni obejrzeć i posłuchac będzie można już 4 lipca o godz. 19 w sali koncertowej Państwowej Szkoły Muzycznej.

 

„Kwiaty polskie” Julian Tuwim – wybór i układ tekstów oraz reżyseria – Jan Englert.

 

Jesienne Kwiaty polskie

Tuwim pisał – mimozami jesień się zaczyna, złotawa, krucha i miła… A w Brugg jesień nam się rozpoczęła Tuwimem – i Kwiatami polskimi. Na scenie wybitni aktorzy Teatru Narodowego:  Jan Englert, Beata Ścibakówna – i wielki bukiet kwiatów. – Przed nami słowa mieniące się wszystkimi barwami ojczyzny-polszczyzny – powiedziała Barbara Młynarska zapowiadając spektakl. Słowa wybitnego polskiego poety, mistrzowsko interpretowane przez wielką aktorską parę – o bukietach z kunsztem, ładem, z przewodnią myślą i układem…

Kwiaty polskie Juliana Tuwima to poemat o tak różnorodnej tematyce, jak różnorodne są kwiaty wplecione w bukiet wiejskiego ogrodnika. Rezedy, róże, bzy, jaśminy, mięta… Jan Lechoń wspomina, że jesienią 1940 roku, tuż po jego wieczorze poetyckim, Tuwim, który cierpiał wtedy na niemoc twórczą, zamknął się nagle w pokoju i napisał kilkaset wersów nowego poematu. Potem przestał wychodzić z domu, nieogolony, w piżamie leżał na łóżku i pisał. Nigdy Kwiatów polskich nie ukończył, pisał je przez 13 lat, w Brazylii, Stanach Zjednoczonych i w Polsce, miał na nie wciąż mnóstwo nowych pomysłów. Dla jednych szczytowy przejaw talentu Tuwima, dla innych wyraz miotania się po politycznych i literackich bezdrożach. “Obłędne i niemądre w zamyśle fabularnym, przepiękne w dygresjach” – ocenił Słonimski. Fabuła jest prosta: wiejski ogrodnik, Ignacy Dziewierski, wychowuje samotnie wnuczkę Anielę. Jej ojciec, carski oficer Iłganow, zginął podczas tłumienia protestu proletariatu w Łodzi w 1905 roku; jej matka Zofia, córka ogrodnika, umiera przy porodzie. Dziadek przygarnia sierotę, starając się nie pamiętać, że to córka znienawidzonego Moskala. Jednak dużo ważniejsze niż historia ogrodnika są podróże sentymentalne wplecione w poemat.  Dla Tuwima Kwiaty polskie były wyrazem jego tęsknoty za Polską, której już nie ma, która skończyła się tak, jak świat szlachecki w Panu Tadeuszu. Trzeba było dopiero wojny i emigracji, żeby “tę nieznośną ostatnio, ale poza tem najukochańszą Polskę choćby poezją odbudować” – pisał Tuwim w liście do siostry. 

Jana Englerta nie trzeba nikomu przedstawiać. Mistrz kilku pokoleń aktorów i ulubieniec kilku pokoleń widzów płci obojga; charyzmatyczny aktor teatralny i filmowy, reżyser, wykładowca w Akademii Teatralnej, dyrektor Teatru Narodowego w Warszawie. Przyznać muszę ze skruchą, że o Beacie Ścibakównie myślałam do tej pory jako o żonie Jana Englerta i oczekiwałam na scenie Pigmaliona i jego Galatei, mistrza i uczennicy. Spektakl pokazał, jak bardzo się myliłam – Beata Ścibakówna jest niezwykle utalentowaną aktorką i wielką osobowością sceniczną (a tak najzupełniej po babsku, zazdrośnie, muszę jeszcze powiedzieć, że jest na dodatek prześliczna, urocza, promienna i – jak panna Aniela – giętka i wysokonoga). Nie było Pigmaliona i Galatei – był duet najwyższej klasy aktorów. Jan Englert chętnie wraca w teatrze do znanych tekstów. Przedstawienie było dla mnie dużym zaskoczeniem – że można zamknąć długi (ponad 8 tysięcy wersów) poemat w ponadgodzinnym spektaklu, nie demolując przy tym tekstu źródłowego. Nie było sfabularyzowanej, chronologicznej opowieści o Dziewierskim. Z zupełnie niescenicznego poematu powstał świetnie wyreżyserowany liryczny spektakl dygresyjny. Podróż sentymentalna, a po drodze małe stacyjki, malowane kolorem i zapachem polskich pejzaży, rozdzielane przepiękną muzyką w wykonaniu poety fortepianu, Bogdana Hołowni. Jak w knajpkach przedwojennej Warszawy rozbrzmiewały na scenie ówczesne szlagiery  – Już nie zapomnisz mnie, Jesienne róże, Ostatnia niedziela, Już taki jestem, zimny drań,  Pieśń o matce…. Po każdym z nich zmiana nastroju –  kolejny obrazek, kolejna stacyjka, przesiadka  –  i znowu inna melodia, inna trasa, kolejna dygresja. (A skoro mowa o dygresjach: już wiem, czego brakowało mi w wierszach Skamandrytów deklamowanych w Odeonie przez Teresę Budzisz-Krzyżanowską i Krzyszofa Wakulińskiego – takich właśnie dyskretnych przerywników muzycznych, które dopowiadają tam, gdzie słowo przestaje wystarczać.)

Na scenie zwyczajnych ludzi zwykłe dzieje.  Oto prosty wiejski ogrodnik, Ignacy Dziewierski, i jego sztuka składania bukietów:                                                          

Bukiety wiejskie, jak wiadomo,

wiązane były wzwyż i  stromo.

W barwach podobne do ołtarza

Kształt serca miały lub wachlarza             

Albo palety.

Róże, rezedy, bzy i piwonie opisywane w poemacie to tylko pretekst do podróży w krainę dzieciństwa. Za sztachetami gęstych jambów ukrywa się w Kwiatach polskich wszystko, co dla Tuwima stanowiło apoteozę kraju utraconego. Na kwiatach z ogrodu zbudowana jest cała sieć skojarzeń. Są w poemacie wspomnienia z dzieciństwa w dymiącej kominami Łodzi, dygresje o ojcu spisującym w księgach fortuny panów fabrykantów, zadowolonych posiadaczy pałaców, banków i brylantów. Pojawiają się opowieści o beztroskich zabawach w Inowłodzu, dokąd Tuwimowie jeździli na letnisko, o Tomaszowie i miłości do Stefy (późniejszej pani Tuwimowej). Opowieść ogrodnika o kwiatach przechodzi w historię o krwawym tłumieniu rewolucji 1905 roku. Przesiadka, kolejna stacja. Warszawski taksówkarz, który wiezie śmietankie towarzyskie bez Pułaskie na majówkie. Błysk  – dygresja –  przesiadka. Młoda ciężarna wdowa w kondukcie pogrzebowym swojego męża, potem pląsająca boso zalotna dziewczyna z letniska, a chwilę później Aniela modląca się na grobie matki. Przesiadka. Pierwsza msza święta w wolnej już Polsce, wzruszony ogrodnik i dziewczynka przezywana Moskiewką. Poważnie, smutno, refleksyjnie, prześmiewczo – na każdej stacji inaczej. XIX-wieczna Łódź i szalona przedwojenna Warszawa.  Aniela, Ignacy, Piłsudski i Wieniawa. Barwny kalejdoskop miejsc, ludzi i zdarzeń. W Inowłodzu wiruje walc, a w Łodzi ulice spływają krwią pomordowanych. Dziewczyny z warkoczami i dyngus na Piotrkowskiej, a zaraz potem tragiczny Wrzesień i upadek stolicy. Co jeszcze? – czytaj, kto ciekawy…

Można opisać kwiaty, odmalować je po mistrzowsku, oddać słowem ich kształt, kolor i urok. Ale ich zapachu opisać się nie da. Jak pachnie róża? Jak pachną niezapominajki, rezedy, bzy w Ogrodzie Saskim?

A pachnie – właśnie? Jak opiszę

Woń, którą kwiat swobodnie dysze? (…)

Jakim wyrazić mam imieniem

Woń miękkiej mięty nad strumieniem? (…)

Ile słów trzeba i łamańców?                  

Metafor i porównań łańcuch! (…)

I nic. A przytknąć kwiat do nosa,

 Powąchać raz – i wie się wszystko.

Podobnie było ze spektaklem w Brugg. Można opowiedzieć, co się działo, zacytować fragmenty poematu, przywołać piosenki, zachwycić się warsztatem aktorskim. Ale nie da się zawrzeć w czarnych krzaczkach liter magii przedstawienia – podobnie jak nie da się opisać zapachu. Tu też trzeba przytknąć nie tylko nos, ale też oko i ucho – i wie się wszystko…

Jan i Beata Englertowie, do spółki z Tuwimem, oczarowali mnie swym spektaklem. Tuwim zwykł mawiać o sobie, że jest rzemieślnikiem słowa. Jan Englert powtarzał w wywiadach  wielokrotnie, że aktorstwo to zawód, nie misja ani posłannictwo, i że liczy się nie tylko talent i artyzm, ale przede wszystkim rzemieślniczy warsztat, na którym obrabia się słowo, gest, ruch. W Kwiatach polskich pięknie splotła się sztuka z rzemiosłem  – tak poety, jak i aktorów. Usłyszeliśmy doskonale wybrane fragmenty poematu, przedstawione w mistrzowski sposób, z dbałością o każdy najmniejszy szczegół. Każda dygresja to popis scenicznego kunsztu. Wielkie wrażenie zrobił na mnie ekspresyjny, rozbuchany  walc  Grande Valse Brillante, gniewny i roznamiętniony jak tango, opowiadający całą historię od tańca do tragedii, od miłości do zbrodni. Zapadłam się w fotel, zasłuchałam, zaczarowałam, zaniemówiłam. Zapachniałam się słowem i muzyką, w tym samym przemodleniu i przeomdleniu, o którym pisał Tuwim. Zupełnie nie byłam jeszcze gotowa na światła, na oklaski, utknęłam gdzieś na którejś ze stacyjek. Zasiedziałabym się tak jeszcze długo, posłuchała jeszcze tych słów, co płaczą na łódzkich ulicach, idą w kondukcie pogrzebowym wraz z oficerską wdową, biegają po letnisku i przesiadują w cienistej altanie. W niedzielę, dzień po spektaklu, zagrzebałam się w starych książkach. Przecież musze gdzieś tu je mieć, te Kwiaty polskie… Mam! Ugrzęzłam na dwa wieczory, zapadłam się w Tuwimowe strofy znów jak w fotel w Odeonie.        

Ziemi, gdy z martwych się obudzi

I brzask wolności ją ozłoci                         

Daj rządy mocnych, dobrych ludzi

Mocnych w mądrości i dobroci…

Izabela Burger

 

Bilety w cenie 20 zł.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *