Arkadiusz Twardowski (K.I.M.) – sylwetki ilustratorów publikacji „Horror na Roztoczu”

facebook_grafika_ksiazka+polak_potrafi

W ramach promocji publikacji „Horror na Roztoczu” ( www.horrornaroztoczu.pl ) prezentujemy sylwetki autorów oraz ilustratorów.

Z ogromną przyjemnością oraz niekłamaną satysfakcją przedstawiamy jednego z autorów:

Arkadiusz Twardowski (K.I.M.)

KRocznik 87′. Urodzony w Ustrzykach Dolnych, prowadzi żywot nomady, czerpiąc inspiracje z  nowych miejsc oraz powiększającego się grona znajomych.

Absolwent Wydziału Architektury Wnętrz na PWSW w Przemyślu. Szlifował swój warsztat w Pracowni Wklęsłodruku, pod okiem prof. Henryka Ożóga, na Wydziale Grafiki krakowskiej ASP.

Współtwórca kreatywnej załogi ŻyWej Pracowni na krakowskim Kazimierzu oraz drugi biegun kooperacji HamKid.

Zajmuje się głównie technikami rysunku i grafiki artystycznej,  mając za sobą kilkanaście wystaw autorskich i zbiorowych w Polsce. Wiodącym tematem prac, pieszczotliwie nazywanych „chrabąszczami” jest męska emocjonalność.

Mail: kimonekk@gmail.com 

Blog: www.kimonekk.blogspot.com 

Fanpage: www.facebook.com/KimonekBlog 

Jak wyglądały początki Twojej drogi artystycznej i samego aktu tworzenia?

W takich momentach zwyczaj najlepiej powiedzieć, że tworzy się od dziecka, odkąd się pamięta itd. co poniekąd jest prawdą, jednak mój świadomy wybór drogi twórczej nastąpił na ostatnim roku studiów na architekturze wnętrz, czyli w 2010 roku. Wtedy za namową mojego profesora Henryka Ożóga z Pracowni Rysunku zacząłem robić rzeczy, które we mnie drzemały, ale nie umiały się wydostać, czekały na impuls. Powstał wtedy pierwszy portret mojego ubratowionego brata Cypisa, drugi, trzeci i zacząłem poważnie zastawiać się nad grafiką warsztatową na ASP, aby właśnie tam nauczyć się podstaw – przygotowaliśmy po cichu teczkę (w momencie gdy z drugiej strony robiłem dyplom projektowy), nad którą pracowałem z nieziemską pasją. Natrafiłem dość przypadkowo (choć w sumie przypadków nie ma) na hds’a, który użyczył mi swojego wizerunku do prac, a sam szlifowałem dalej swój warsztat. Pozował (hobbistycznie jest modelem) i czasem dorzucał swoich zwariowanych pomysłów do stylizacji. Powstał mój pierwszy akt, pierwsze wylewanie swoich emocji i nastąpił wybuch. Zacząłem używać rysunku, jako nośnika swoich emocji, doznań, rozterek, marzeń, zacząłem podejmować tematy dość osobiste, sensualne. Dlatego chyba właśnie ten moment był takim przełomem i kulminacją do chęci działania i pójścia właśnie tą drogą. W końcu wzajemna współpraca przerodziła się w przyjaźń i stworzyliśmy duet kooperacyjny HamKid, gdzie uzupełniamy się w działaniach – dlatego pojawia się w większości moich prac. Początkowo była to jedna wielka zabawa, jednak zaczęła przynosić swoje owoce, której zwieńczeniem była wystawa ,,AlterEgo” w Dworku Artura, organizowana przez Gdański Archipelag Kultury. Skoro minęły dopiero cztery lata od pierwszego portretu, to jestem już ciekaw kolejnych, które życie przyniesie.

Skąd czerpiesz inspirację do swoich prac?

Inspirację czerpie głównie ze swojego najbliższego otoczenia oraz wewnętrznych doznań – przemyśleń, emocji, duchowości i seksualności. Żywot nomada jaki prowadzę, szukając ciągle swojego miejsca bytowania, poszerza niesamowicie perspektywę odczuwania i patrzenia na świat. Jestem taką duszą niespokojną. Każde nowe miejsce w jakim się pojawiam ( na krócej, czy dłużej ), daje niewyczerpany worek impulsów, tak samo jak nowo poznane osoby, którymi potrafię się momentalnie ,,zachłysnąć”.  Jednak największą perełką jest właśnie duet kooperacyjny HamKid, o którym wspomniałem już wcześniej. To właśnie wspólna współpraca dała mi kolosalny rozwój, progres i pozytywnego kopa do dalszego działania. Właśnie to on ciągnie mnie do góry i nie pozwala na odpoczynek czy rutynę w tworzeniu prac.

Jaka tematyka twórcza należy do Twoich ulubionych? Co tworzysz, w jakiej materii się poruszasz?

Zawsze stawiałem na emocjonalność i wewnętrzny ekshibicjonizm. Portret, akt, erotyzm i męska emocjonalność – to główne motywy, które można zobaczyć w mojej działalności. Przyjaciele, ludzie, których poznaje, sytuacje, które mnie dotykają. Jednak osobiste doznania oraz wewnętrzne konflikty, które potrafią nieźle namieszać podczas nieprzespanej nocy najczęściej lądują na papierze. Układając chronologicznie moje prace, zamykają się one w jedną spójną opowieść. Są jak rysowany pamiętnik, komiks, story-art, z którym tak naprawdę każdy mógłby się utożsamić. Kim jest człowiek bez emocji, które w nim drzemią i doświadczeń, które go budują? Czasami czuje jakby talent, który posiadam (mniejszy czy większy – jest to nie istotne), by móc wyrażać nim właśnie te doznania i przekazywać je dalej.

Czy masz w swoim portfolio jakieś znane dzieła? Uważasz, że odnosisz sukcesy na tym polu?

Ciężko stwierdzić czy prace, które powstały do tej pory można nazwać dziełami, w szerokim pojęciu tego słowa. Mogę subiektywnie ukazać, które sam lubię bardziej lub mniej.  Cykle do których powracam, lub prace, które zdobyły wyróżnienia, bądź zyskały uznanie u szerszej publiczności. Nie mnie tak naprawdę to oceniać, stąd wolę zostawiać je do oceny wśród odwiedzających moje wystawy, licytujących prace na aukcjach lub buszujących w sieci internautów, którzy zostawią ślad po swojej wizycie. To mnie mobilizuje i fascynuje jednocześnie. Jednak szanuje sobie bardzo zdrową i obiektywną krytykę, która potrafi wylać kubeł zimnej wody i umożliwia na odejście w dal, zatrzyma i pozwoli na popatrzenie z boku na swoją twórczość. Ale skoro moje prace pojawiają się w zbiorach prywatnych i kolekcjach koneserów sztuki, nieskromnie muszę stwierdzić, że chyba można nazwać to ,,malutkim” sukcesem.

Jak wygląda proces twórczy w twoim wypadku? Nawyki? Rutyna?

Zaczynam zawsze od pomysłu, który przychodzi spontanicznie i nagle. Trawie go przez kilka dni, jeśli jest bardziej groteskowy, potrafię zasiąść do pracy od razu. Powstaje szkic wstępny na papierze, który później przekształcam w rozwiniętą formę. Zależnie od charakteru powstającej pracy, czy jest to portret, akt czy ilustracja, wybieram medium – ołówek, tusz, pisaki, dłuto lub pędzel.  Do każdej z prac podchodzę wyjątkowo i osobiście, jakby była moją pierwszą i ostatnią pracą – jeśli temat mi ,,siedzi”, potrafię go powielić kilkukrotnie w różnych punktach widzeniu oraz technikach, zamykając go w cyklu (od realistycznego obrazu w akrylu po ,,wydziergany” stalówką szkic w tuszu). Takich zabiegów mam już kilka np. motywy ,,Ophelion” , ,,Dusty”,  ,,Warriors”,  ,,Shamanizer”, które pojawiają się w różnych odsłonach i mediach artystycznego wyrazu. Jako grafik – rysownik staram się używać wszelakich materiałów do pracy i łączyć je w spójną całość. Mimo, że czasem wydaje mi się, że już męczę i wałkuje jeden temat, to nagle potrafi mnie jeszcze coś zaskoczyć i rozkręca się kolejna lawina twórcza. Jest to jak spadające domino, któro nie ma jeszcze końca, a jedno popycha zaraz do drugiego.

Ile czasu dziennie poświęcasz na tworzenie ilustracji/ rysowanie/ malowanie?

Moja była profesorka, a na chwilę obecną wspaniała przyjaciółka Doro (nazywana przeze mnie Artystyczną Matką Chrzestną), powiedziała mi kiedyś, że wystarczy poświęcić kilka minut dziennie na zrobienie szkicu, by ciągle rozwijać swój warsztat, by nie stać w miejscu, pozwolić by ręka sama prowadziła po papierze. Może być to rysunek przy kawie, siedząc w pociągu lub robić ślaczki rozmawiając przez telefon. Wziąłem te słowa sobie do serca i wdrażam go ciągle w życie. Jednak kilka dziennych minut, przeradza się w dobre kilka godzin. Czasami potrafię zarwać nockę pracując od rana, innym razem wystarczy mi godzina. Fakt jest faktem, że pracuje codziennie nie licząc urlopów, gdzie czas poświęcam na reset w zaciszu – bez kartonów, ołówków, tuszu i stalówki. Wtedy łapie oddech i szukam inspiracji. Nadmiar napotkanych bodźców wybucha po powrocie, następnie zaszywam się w czterech ścianach i wpadam w amok pracy. 

Jak pracowało Ci się nad ilustracją na podstawie gotowej koncepcji? Lepiej niż nad swoimi pomysłami? Gorzej?

Nie ma, co ukrywać, że każdy twórca, ma swój własny pogląd do powstającej koncepcji. Osoba robiąca scenariusz, pisząca opowieści już w swojej głowie ma każdy detal, który chciałby zobrazować a niekoniecznie umie fizycznie to wykonać. Praca ,,dla” nigdy nie jest prosta – chyba, że tworzy się ,,team” od początku do końca razem, wyczuwając się wzajemnie. Wejście w klimat opowiadania, które miałem przyjemność zilustrować wymagał nieco wsiąknięcia w samą sytuację i narrację, który do tej pory sam sobie tworzyłem w głowie. Czy lepiej, czy gorzej – szybciej mogę powiedzieć, że… inaczej niż swoje prace. Tutaj autor tekstu pozostawił mi dowolność i swobodę interpretacji, nie narzucając schemat  i kreski – co oczywiście pozwoliło na spokojną pracę. Po bliższym poznaniu całości opowiadań doznałem kilku ciekawych pomysłów, które niebawem zrealizuje. 

W jaki sposób rozwijasz i szlifujesz swój warsztat? Starasz się łączyć świat artystyczny z doczesnym?  Oddzielasz to, łączysz?

Nic w miejscu nie stoi, a jak stoi to znaczy, ze wracam do punktu wyjścia. Staram się współpracować z różnymi instytucjami, wchodzić w nowe środowiska i kolaboracje. Ciągle szukam nowych środków i możliwości działania na wielu przestrzeniach.  Czasem podejmuje się działań, które są dla mnie nowe i wymagają poszerzania wiedzy – tak jak było to z muralami i malunkami na ścianach w krakowskich apartamentach, wykonanie żywej altany z wikliny,  tworzenie od podstaw stylizowanych ram, sztukaterii,  pozłotnictwa czy ceramiki. Jako freelancer, wolny rzemieślnik i nomada, potrafię robić rzeczy dla mnie totalnie nowe i do tego w nowych miejscach, miastach, co nie jest dla mnie przeszkodą, wręcz odwrotnie. Przez rok współtworzyłem ŻyWą Pracownie w Krakowie, gdzie musiałem poznać nowe techniki artystyczne m.in. batik, plecionkarstwo czy zaawansowane techniki zdobienia ceramiki.  Prowadziłem tam autorski program z zakresu grafiki warsztatowej. Przekazywanie dalej, do czego doszedłem własna pracą i chęciami, jest dla mnie najpiękniejszym polem działania. Czasem impuls wystarczy, by ktoś mógł rozwinąć skrzydła. Poza kierunkowym wykształceniem mam za sobą kurs ceramiczny, pozłotniczy oraz pedagogiczny. Praca z ludźmi (szczególnie z dzieciakami) potrafi wyzwolić we mnie drzemiące pokłady energii, które w taki sposób twórczo ulatują. Praca biurowa (pracowałem jako grafik komputerowy na mojej byłej uczelni), pokazała, że nie jest to miejsce w którym się spełniam, w którym chce bytować i niekoniecznie chce tam zostać – więc jak prędko ją zacząłem, tak szybko zostawiłem.  Swego czasu pracowałem, jako wolontariusz z dzieciakami niepełnosprawnymi fizycznie oraz umysłowo oraz byłem wychowawcą na wyjazdach kolonijnych.

Patrząc wstecz, każdy rok był dla mnie inny i przynosił totalnie inne doznania, funkcjonalne jak i zawodowe. Rano robie szkic w tuszu w Bydgoszczy, wieczorem składam folder graficzny dla komercyjnego biura w Przemyślu, jutro jadę zawieść obrazy na aukcję do Sopotu, a pojutrze pakuje się w plecak i jadę prowadzić zajęcia z odbijania linorytów na koszulkach w Krakowie. Mentalnie przygotowuje się do otwarcia własnej pracowni, w której chciałbym połączyć wszystkie pasje, które mnie budują od początku do końca – od pracy przy grafikach do prowadzenia zajęć. Jednak czuje, że jeszcze nie jestem na siłach ustatkować się w jednym miejscu (mieście), którego ciągle poszukuje w swojej drodze ,,dokądś”. Najwidoczniej nie czas by przestać być Piotrusiem Panem.

Nad czym aktualnie pracujesz? Jakie masz plany związane ze swoją twórczością?

Pracuje ciągle, ciężko powiedzieć kiedy kończy się jeden cykl,  a zaczyna drugi. Raczej jest to przechodzenie dość płynne i harmonijne. Po dość obfitym cyklu Maoryskich Wojowników, uciekam w podobny, etniczny klimat – pokazując wewnętrzną walkę człowieka  jako wojownika i zwierzyny jednocześnie – o konflikcie wewnętrznym i walce, która odbywa się w każdym z nas dnia codziennego, gdzie musimy dokonywać wyborów czasem dość skrajnych. Bycie walecznym wojownikiem, który podejmie wyzwania, czasem założy maskę, barwy wojenne, wygra lub polegnie na polu walki. Być zwierzyną, która da się złapać, ucieknie lub się oswoi. Czasem dochodzi do zaciętej walki jednego z drugim. I chyba ten motyw krąży mi ciągle po głowie.

Rok 2013 był dość obfity w wystawy. Również 2014 rozpocząłem od dwóch wystaw zbiorowych: ,,Love Is In The Air! Miłość, Seks i Erotyka” w Warszawie (gdzie ukazałem cykl Maoryskich Wojowników) oraz  ,,Ogólnopolskiego Konkursu Malarskiego im. Leona Wyczółkowskiego” w Miejskiej Galerii BWA w Bydgoszczy (gdzie pojawił się ,,Ophelion”). Tego roku szykuje się jeszcze kilka wystaw i eventów, które ciągle ewoluują do przodu. Wiele z nowych prac ukazuje się, co miesiąc w Sopockim Domu Aukcyjnym, gdzie podczas licytacji można zakupić jedną z moich grafik (czasem zdarzają się prace wykonane z przed kilku lat). Pracuje również nad wykonaniem grafik w technice linorytu i serigrafii, które pod metką zaprzyjaźnionej firmy designerskiej ,,Bouduar” prowadzonej przez projektanta Łukasza Budzisza, zostaną ukazane na unikatowych koszulkach. Jednak nie znamy jeszcze konkretnej daty wypuszczenia ich w obieg – prawdopodobnie będzie to przełom sezonu letniego. Nie pozostaje nic innego jak tylko cierpliwie pracować i czekać na efekty tych działań.

Jak zareagowałeś, kiedy dowiedziałeś się, że weźmiesz udział w tym projekcie?

Po dostaniu pierwszego, pozytywnego maila na mojej twarzy pojawił się uśmiech pełen podniecenia, tym bardziej, że jest to moja pierwsza praca, która zostanie zamknięta na drukowanych kartach książki w kolaboracji z innymi twórcami i autorami. Mam za sobą zilustrowanie tomiku wierszy Jolanty Steppun ,,Szkice z drugiego brzegu” (uhonorowane ,,Kociewskim Piórem 2012”) oraz okładkę do interaktywnego komiksu ,,Degrengoland” Macieja Pałki oraz kilka innych zdalnych zleceń, jednak ten projekt wyszedł nieco poza ramy moich dotychczasowych działań. Zacząłem również zastanawiać się nad treścią opowiadania jakie mnie czeka, ponieważ było wtedy dla mnie jeszcze zagadką, więc emocji było dość sporo czy godnie poniosę podjęcie rzuconej rękawicy. 

Czy wiedziałeś (w momencie tworzenia), że wszystkie pomysły do opowiadań są inspirowane snami pomysłodawcy projektu? Co o tym myślisz? Czy podoba Ci się pomysł tworzenia książki na podstawie snów?

Czy ty także podczas tworzenia inspirujesz się swoimi snami? Korzystasz z zasobów podświadomości?

Tworząc ilustracje zastanawiałem się nad impulsami, które mogły kierować autora opowiadania, jednak nie wiedziałem, że były to Jego marzenia i mary senne. Umysł ulatuje w zupełnie inny stan i zazdroszczę osobom, które potrafią z tego czerpać tak wielu surrealistycznych pomysłów. Sam nie miewam takich snów, a rzadko kiedy pojawiają się w nim mary. Zazwyczaj są to sceny rodzajowe z mojego najbliższego otoczenia, śnię o swoich przyjaciołach i rodzinie, czasem są to sny smutne i przepełnione ukrytymi symbolami jak ogień, woda, las czy zwierzęta. Same pomysły przychodzą mi podczas dość częstych nieprzespanych nocy niż samych snów. O 3 nad ranem czasem głowa potrafi puchnąć od chęci tworzenia obrazów.

Jak współpracowało ci się z wydawnictwem w ramach projektu?

Od samego początku atmosfera nad projektem była bardzo tajemnicza, a z drugiej bardzo konkretna co do mojego działania. Sam czasem odpływam w nadmiernej ilości słów, lub emocjonalnych wywodach, a wydawnictwo potrafiło nieco sprowadzić mnie na ziemię. Oczywiście musiałem zadać stos pytań, bo należę do ludzi dość ciekawskich, na które dostałem rzetelne i skrupulatne odpowiedzi. Mimo, że współpraca zamknęła się na elektronicznych kartach, co czasem utrudnia współpracę, jednak treści przepływające z maila na maila, przechodziły bardzo płynnie i sprawnie. Po cichu zacząłem obserwować machinę promocyjną wydawnictwa za nim jeszcze wszystkie projekty były zebrane w całość.

Projekt rozpoczął się 1 stycznia. Czy uważasz, że tempo pracy jest duże? Nie upłynęło przecież jeszcze cztery miesiące, a czytelnicy już mogą czytać wywiady z Tobą?

Tempo prędkie, ale jak najbardziej owocne. Sam wychodzę z założenia, że trzeba kuć żelazo póki gorące, bo dość często jedna machina nakręca drugą i bardzo wiele ciekawych rzeczy po drodze. Trzeba je obserwować, prędko zmieniać perspektywę patrzenia i podnosić to, co nagle wpada w dłonie lub leży pod samymi stopami. Pojawiają się osoby chętne do pomocy i w takich momentach doznaje się przełomów – więc jak najbardziej jestem za. Pozwala to również świeżym okiem poznać rynek i nie ma czasu człowiek się nim zachłysnąć.

Czy jesteś zadowolony z efektów wspólnej pracy?

Jak najbardziej. Mam cichą nadzieje, że jest to dopiero początek wspólnej współpracy. Widzę spory potencjał w tym projekcie i mam nadzieje, że pierwsza wydana publikacja, będzie taką mentalną perełką, do której chętnie się powróci. Już nie mogę się doczekać następnych działań wydawniczych, bo obserwując działania, sądzę, że nie jednego asa w rękawie (a raczej nietuzinkowego pomysłu) ma wydawnictwo.

W jaki sposób chciałbyś uczestniczyć w dalszej promocji? Jakie kroki podejmiesz, aby poszerzyć grono odbiorców publikacji Horror na Roztoczu?

Prowadzę bloga, fanpage’a oraz stronę internetową, gdzie smaczki na temat projektu już się pojawiły. Z biegiem rozwoju oraz wydania książki informacji pojawiać będzie się coraz więcej. Oprócz nośnika interaktywnego dobrze działa niezastąpiona poczta pantoflowa – nie ma co ukrywać, że zazwyczaj wybieramy to co ktoś poleca. A skoro słyszymy o czymś dobre rzeczy, chętnie  po nie sięgniemy i do tego wrócimy. To tak jak z restauracją, nigdy nie pójdziemy do knajpy, którą ktoś odradza. Gdy ktoś chwali? Jasne.

Co myślisz o pomyśle zrobienia wystawy ilustracji z publikacji Horror na Roztoczu? Czy pojawiłbyś się osobiście? Czy chciałbyś pomóc przy organizacji takiego przedsięwzięcia?

Wystawa prac byłaby pięknym zwieńczeniem gotowej publikacji. Obok druku, pojawiłoby się dodatkowe medium, które można zobaczyć z bliska. Konfrontacja osobista zawsze ma zupełnie inny wymiar niż reprodukcja to raz, dwa, byłby to dodatkowy atut dla ukazanej książki. Kolejny krok do przodu, w którym chętnie wziąłbym udział w wymiarze organizacyjnym jak i wystawienniczym. Mam nadzieje, że jest to tylko kwestia czasu.

Czy planujesz sprzedać oryginał ilustracji czy raczej zachowasz go dla siebie?

Współpracuje z Sopockim Domem Aukcyjnym i często oddaje swoje prace do licytacji, więc mógłbym poczekać aż książka stanie się bestsellerem i zarobić majątek, gdy przyciśnie pasa… A tak na poważnie, to ilustrację zostawię dla siebie, jako materiał pamiątkowy tego projektu – nie miałbym serca tego oddawać, jestem za bardzo sentymentalny.

Dziękujemy za rozmowę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *